Rzeczniczka Białego Domu powiedziała przed atakiem, że "padną strzały"
W wywiadzie dla Fox News Leavitt żartowała, że podczas wystąpienia prezydenta USA Donalda Trumpa "będzie zabawnie" i że "dziś wieczorem w sali padną strzały". Wypowiedź miała charakter metaforyczny i odnosiła się do ostrych ripost oraz żartów typowych dla tego wydarzenia.
Niedługo później w hotelu, gdzie odbywała się gala, rzeczywiście doszło do strzelaniny. Napastnik otworzył ogień w lobby i postrzelił jednego z agentów Secret Service. Donald Trump, jego żona Melania i wiceprezydent J.D. Vance oraz inni uczestnicy wydarzenia zostali ewakuowani.
Wypowiedź rzeczniczki Białego Domu szybko obiegła media i wywołała szeroką dyskusję. Leavitt tłumaczyła później, że jej słowa były jedynie żartem i nie miały na celu wywołania niepokoju.
Specjaliści od komunikacji zwracają uwagę, że w obecnym klimacie politycznym nawet pozornie niewinne sformułowania mogą zostać odebrane jako niestosowne.
Podczas kolacji dla korespondentów Białego Domu mężczyzna otworzył ogień. Ewakuowano parę prezydencką – Donalda Trumpa i Melanię Trump, a także wiceprezydenta J.D. Vance'a. Sprawca został aresztowany.
Do zdarzenia doszło w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego w hotelu Hilton w Waszyngtonie. Jeden z funkcjonariuszy Secret Service został postrzelony z bliskiej odległości, jednak – jak powiedział Trump dziennikarzom – uratowała go kamizelka kuloodporna.
Podejrzany został zidentyfikowany jako 31-letni Cole Tomas Allen z Torrance w Kalifornii. W poniedziałek sąd ma formalnie postawić mu zarzuty.
Trump zapytany, czy uważa, że był celem napastnika, odparł, że chyba tak i porównał się do Abrahama Lincolna, pierwszego prezydenta USA, który został zamordowany w 1865 r.
Strzały na przyjęciu z Trumpem padły w hotelu, gdzie w 1981 r. przeprowadzono zamach na ówczesnego prezydenta Ronalda Reagana.